Wygląda na to, że tarcza antyrakietowa wzbudza coraz więcej emocji. Wydaje się to dziwne, w końcu nie chodzi o rozmieszczenie broni ofensywnej (nie wspominając o jądrowej), tylko o marnych dziesięć rakiet i to jeszcze pozbawionych ładunków wybuchowych.                                                        Tym bardziej mogłoby dziwić stanowisko Rosji, która gra pierwsze skrzypce wśród "zaniepokojonych" rozmieszczeniem tarczy. Początkowo Rosjanie wysyłali w tej sprawie sprzeczne sygnały, sondując międzynarodowe reakcje, jednak w pewnym momencie usztywnili swoje stanowisko, zachęceni głosami solidarności płynącymi z niektórych krajów UE. To stanowisko mogłoby dziwić z wojskowego punktu widzenia (nawet rozmieszczenie Patriotów, nie stanowi przecież dla Rosji militarnego problemu), ale nie z politycznego. Widać przecież jak na dłoni, że nie chodzi tu o tarczę, tylko o Polskę. Idę o zakład, że gdyby tarcza miała być rozmieszczona w Niemczech, Kreml nie pisnąłby nawet słówkiem. Ostatnio nic tak nie drażni Rosji, jak wzmacnianie międzynarodowego znaczenia Polski, co najlepiej widać po reakcjach prokremlowskich politologów i dziennikarzy. W tej sytuacji pozycję Polski wzmocni nie tylko samo rozmieszczenie tarczy na naszym terytorium, ale podniesienie na wyższy poziom relacji Polska-USA.  Czy rzeczywiście Putin ma powód, żeby aż tak zawracać sobie głowę jakąś tam Polską? Rosja z trudem, ale w końcu chyba pogodziła się z tym, że zdecydowanie wybraliśmy drogę na Zachód. Sytuacja zmieniła się w momencie, kiedy mocno zaangażowaliśmy się w  promocję takiej postawy na obszarze postradzieckim (Ukraina, Białoruś, nawet Gruzja). Wtedy  staliśmy się już nie tylko niewdzięcznym "osłem trojańskim USA w Europie", czy "amerykańską prostytutką", staliśmy się niebezpiecznym wrogiem w pełnym tego słowa znaczeniu.